Jak wiadomo najlepsze nauki i tak wyciąga się, zderzając ze sobą różne spojrzenia, poglądy i doświadczenia. Bo przecież każdy myśli sobie swoje, każdy wie swoje i każdy doświadczył czegoś innego. Tym bardziej na gruncie rodzicielskim. Ale to wiedzą najlepiej tylko rodzice. Dlatego punktem wyjścia do tej historii, opowiedzianej przez mężczyznę (tak, tak), Kirka Jonesa, który w 2009 roku zrobił „Wszyscy mają się dobrze” (z Robertem De Niro, Samem Rockwellem, Drew Barrymore i Kate Beckinsale), jest przedstawienie pięciu par, oczekujących na dziecko, których losy, gdzieś tam, przeplatają się ze sobą. Pięć par, to dziesięć osób, stąd lista znanych nazwisk w obsadzie jest długa i stanowi wabik na potencjalnych widzów. A zdobią ją m.in. takie nazwiska: Diaz, Lopez i Quaid. Nie trudno się też domyślić, że – jak przystało na komedię damsko-męską i taką ilość bohaterów w niej występujących – między przedstawicielkami płci żeńskiej i przedstawicielami płci męskiej dojdzie do nieporozumień, zgrzytów i ciągu przeróżnych, ale wesołych sytuacji. Bo każda para boryka się tutaj z czymś innym (ale zawsze w pierwszej kolejności chodzi o jeszcze nienarodzone dziecko) i na swój sposób daje sobie radę z problemami, jakie ich spotykają. Jedne momenty śmieszą w filmie mniej, inne bardziej, a jeszcze inne wcale. Oczywiście, zawsze jest to kwestia poczucia humoru, a to, jak wiemy, u każdego występuje w różnych dawkach, odcieniach itp. Dlatego nie wskazuję tym razem konkretnych scen, bo, jak pokazują seansowe obserwacje, każdy śmiał się z czegoś innego i każdy na swój sposób – od uśmiechu pod nosem, poprzez słyszalny śmiech, wtórujący innym, aż po taki głośny, pojedynczy (bo i taki dało się słyszeć i widzieć), wyróżniający się zdecydowanie na tle innych. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że śmiały się zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Oznacza to – ni mniej, ni więcej – że każdy w tym filmie znajdzie coś dla siebie.
Chciałbym jeszcze, nawiązując do fabuły, zwrócić uwagę na motyw grupy mężczyzn-ojców, którzy nie zaliczają się do wspomnianych wcześniej par, ale pojawiają się co jakiś czas (jest wśród nich m.in. Chris Rock), pchając wózki i niosąc swoje pociechy w tzw. „kangurkach”, by wygłosić, niczym chór w tragedii greckiej, wielkie PRAWDY o rodzicielstwie, a szczególnie o byciu tatusiem. Panowie funkcjonują jak grupa wsparcia, mająca świadomość tego, że każdy jej członek już „przepadł” (bo są mężami i tatusiami), ale za to doznają pełni szczęścia, gdyż pociechy, jakkolwiekby w kość nie dawały, są ich największym osiągnięciem życiowym.
Osobiście odczuwam po seansie tego filmu mały niedosyt, ponieważ mogłoby być więcej i bardziej – więcej humorystycznych scen, prezentujących oryginalne żarty słowno-sytuacyjne, oraz nieco mądrzej, tzn., by po obejrzeniu „Jak urodzić i nie zwariować” nasuwały się jakieś refleksje na temat rodzicielstwa. Tego tutaj brak. A nawet jeśli coś takiego jest w filmie Jonesa, trzeba to wyłuskiwać na siłę. A można było delikatnie i nienachalnie przemycić jakąś wyrazistą, życiową mądrość. Wtedy film i historia w nim przedstawiona zyskałaby na tym. Bo to, że okres ciąży dla wszystkich jest trudny, a najtrudniejszy dla kobiet, każdy wie. Nawet ten/ta, który/która jak na razie nie myśli o zakładaniu rodziny. A to jeszcze za mało, by uznać tę komedię za naprawdę dobrą.